piątek, 23 października 2015

Rozdział 6 "Samo szczęście"

W nocy o dziwo nie budzę się ani razu. Spokojnie przesypiam 12 godzin, a rano mogłam wstać wypoczęta. Tego samego nie mogłam powiedzieć o Willow. Całą noc się wierciła.
* Rano *
Gotowa na kolejny dzień wyskakuję z łóżka, a następnie wybieram cichy z szafy. Ubieram się i idę do kuchni zaparzyć kawę. Kiedy jest już na samym dole słyszę dzwonek do drzwi. Po otwarciu ich moim oczom ukazuje się blond kobieta w średnim wieku.
-Hej skarbie! - wita się promiennie.
Ja tylko stoję i wpatruje się w blondynkę, a ona cicho się śmieje.
-Co Cię tak śmieszy?! - krzyczę przerażona.
-Skarbie to ja, EFFIE! - drobna kobietka śmieje się pod nosem.
-Effie? Ale...? Co...? Jak! - nakładam ma nią mnóstwo pytań.
-Wiesz... - zaczyna. -Durzo się ostatnio zmieniło... - ciagnie.
-Tak? - mówię zachęcająco.
-Jestem w ciąży! - ni z tąd ni z owąt wystrzeliła.
I znów zadaję mnóstwo pytań, a Effie się tylko śmieje.
-Kto jest ojcem? - pytam jak bym nie znała odpowiedzi.
-Woldemor, wiesz?! - mówi z ironią w głosie.
-Dobra, Dobra... - uspakajam ją. -Wiem, że to głupie pytanie.
Nie miałam nic innego do wyboru jak zaprowadzić ją do kuchni i porozmawiać.
Po krótkiej rozmowie wychowawczej blondynka zaczęła się zbierać. Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi do kuchni weszła Willow.
-Dzień dobry. - mówię uśmiechając się.
-Dzień dobry. - odpowiada ponuro Willow.
-Za 30 min wychodzimy. - zadowolona oznajmiam.
-Gdzie? - mówi ziewając.
-Do taty w odwiedziny. - mówię z jeszcze większym entuzjazmem.
Po tych słowach Willow ożyła. Pobiegła na górę, a chwilę później zeszła ubrana i gotowa do wyjścia. Zanim jednak gdziekolwiek się ruszyłyśmy zrobiłam Willow warkocze. Takie jak miała Prim. Chciałam znów zobaczyć siostrę...
"Dziś nie ma miejsca na smutki" postanowiłam w duchu.
* 1 godzinę później  *
Jesteśmy już w szpitalu; ja, Willow, Annie, aJohanna poszła na badanie kontrolne. Kierujemy się według wskazówek recepcjonistki do sali Peety. Kiedy wchodzimy do pomieszczenia Willow rzuca się na szyję ojcu, a ja spokojnie podchodzę do jego łóżka, Annie zaś zajmuje się rozmową z lekarzem. Kiedy siedzę już na łóżku obok blondyna, ogarniam mu włosy z czoła, a wtedy czuję jego gorąco. Był cały rozpalony.
-Jak się czujesz? - zapytałam próbując zdusić łzy.
-Dobrze.,. - powiedział przyciszonym głosem.
Pomimo starań z oczu popłynęło mi kilka łez, a zaraz po nich wylałam z siebie wszystko. Peeta z trudnością wystawił ręce i mnie przytulił.
-Willow słoneczko... mogła byś pójść po ciocię Johannę. - zapytalam.
-Jasne! - odparła wesoło acz nie chętnie.
-Więc... - zaczęłam po wyjściu córki.
-Nie mam wiele czasu... - mówił z wyraźnym trudem. -Musiał by nastąpić cud!
-Wiem... - odpowiedziałam smutno bez cienia wiary w głosie.
-Będę walczył! - chciał krzyknąć, ale zamiast tego zaczął kasłać.
Po zobaczeniu jego woli walki ucieszyłam się w duchu.
W porę zakończyliśmy rozmowę gdyż na salę wbiegła zdyszana Willow.
-Ciocia... Ona... rodzi. - mówiła próbując złapać oddech.
-Przecież ma termin porodu będzie dopiero za dwa miesiące! - mówię przerażona.
* 2 godziny później * 
Siedzimy przed salą Johanny i czekamy co dalej. Na razie wiemy tylko, że będą wcześniaki. Kiedy miałam już się zbierać, aby odwieźć Willow do domu z sali wyszła pielęgniarka.
-Matka chce się z panią widzieć. - mówi do mnie.
Powoli wstaje z krzesełka i karzę córce iść do sali Peety. Kiedy wchodzę do sali słyszę płacz, ale raki trzy razy głośniejszy. Gdyż to płacze całą drużyna "M" ; Marvel, Max i Mary.
Dumna matka leży wykończona na łóżku.
-Coś szybko poszło. - mówię oglądając maluchy. -Nie wyglądają jak wcześniaki. - mówię przyglądając się im z zaciekawieniem.
-Bo nie są ciemna maso. - mówi zadowolona Johanna.
Po jej słowach drzwi do sali otworzyły się, a w progu stanął Adam Lirey. Nie jaki burmistrz  Dystryktu 10.
-Co? On? Jak? - zdziwiona pytam Jo, a ona się czerwieni.
-Wiesz... zaręczyliśmy się. - mówi zawstydzona.
-To czemu nic nie powiedziałaś? - pytam z wyrzutem, a ona nie odpowiada.
Zdumiony Adam podchodzi do czerwonowłosej i bierze ją za rękę. Johanna uśmiecha się do niego, a on odwzajemnia uśmiech.
Długo nie muszę patrzeć na ich zaloty ponieważ na salę wbiega Willow.
-Szybo! Mamo,  chodź!  - krzyczy jak opętana, a ja wybiegam z sali i biegnę za nią. Córka prowadzi mnie do pokoju Peety. Kiedy tam wchodzę widzę całkowicie zdrowego blondyna, który biega po całej sali. Gdy mnie zobaczył podbiegł do mnie, podniósł i pocałował kręcąc się w kółko. Wirowaliamy jak na naszym ślubie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz