wtorek, 27 października 2015

Rozdział 13 "Triumf!"

*Wprowadzenie *
Dziś jest ten jedyny dzień w którym możemy uratować Peetę. Wszystko mam zaplanowane. Wraz ze mną biorą w tym udział Annie, Haymitch, Beete i jego dziewczyna... Tak! Dziewczyna Miley! O godzinie "R" jak "Ratunek" czyli o 10;30 czyli w godzinach kiedy jest największe zamieszanie na arenie Victori nie będzie w hotelu, a my tu przeczekamy.
* Oczami Katniss *
-Pamiętajcie! Zwycięzca jest tylko jeden! - tymi słowami pożegnaliśmy trybutów.
Następnie wszyscy się rozeszli, i ubrali się w kurki zimowe z ocieplanie. Termo-aktywne spodnie i wysokie, zarazem i wygodne buty z ocieplanie. Rękawice i gogle oraz cienkie, ale ciepłe szaliki i takie same czapki. Ubrani trybuci zostali wystawieni na arenę. Ich miejsca startowe były w kształcie płatków śniegu, a arena była... lodowym pustkowiem. Wszędzie były góry, na które wspinaczka zajęła by z trzy dni. Dookoła Rogu Obfitości wszędzie był las, zaś Róg był w formie stosu takim jak w fabryce Św. Mikołaja z prezentami. Tu też były swojego rodzaju prezenty... prezenty, które pomogą przetrwać. Czułam się jak bym to ja tam była. Gotowa do biegu czekałam na wystrzał. Kiedy wreszcie wszystko się zaczęło część trybutów posłuchała się strategii, a część nie. Prawie wszyscy pobiegli w las oczywiście z  naszych trybutów oprócz Allice i Alex'a. Stworzyli oni sojusz. Po chwili gdy dobiegli już do Rogu zauważyłam kogoś jeszcze... a mianowicie małego Nergo na plecach syna Annie. Alex, Nergo i Allice wyglądali jak rodzina. Złapali co trzeba i uciekali do lasu. Mały blondynek służył jako ostrzeżenie, że ktoś strzela. Kiedy leciał jakiś nóż, albo strzała do szybko krzyczał, a Alex robił uniki. Z otworzonymi ustami patrzyliśmy jak sobie radzą.
Po ich prywatnych występach było wiele sponsorów na moich zawodników; Allice, Nergo, Alex'a i Cornelię. Z namysłem szukałam koło nich Corneli. Wyglądali jak by jej szukali, ale niestety ktoś ich uprzedził i Cornelia szybko zginęła. W sojuszu została tylko trójka, która może mieć pewność, że jedno drugiego nie zabije. Oglądanie tych sprawnych i przebiegłych ludzi tak mnie zaciekawiło, że zapomniałam o godzinie "R". Przypomniał mi to dzwonek na biesiadę o 10;00. Wybudzona z transu szybko pobiegłam do pokoju. Nasza piątka była tu, a reszta na posiłku. Jak ustaliliśmy Beete miał obejść system kamer, aby był dla nas do użytku. Haymitch zabezpieczyć drogę, a Annie ewentualnie zagadać osoby, które mogły by narazić misję na niepowodzenie. Tylko nie wiem po co była Miley. Chyba tylko po to, aby rozpraszać Beet'iego.
Po wybiciu godziny "R" rozpoczęliśmy uwalnianie Peety. Zakradliśmy się do sejfu i otworzyliśmy go. Po mojej głowie przeszła myśl, że coś za łatwo idzie. Przez krótkofalówkę zadzwoniłam do Haymitcha; odebrał sygnał, do Annie; też odebrała; do Beet'iego też odebrał. Wszystko szło zbyt łatwo. Nie zastanawiając się długo machnęłam włazem... jego tam nie było.
-Nie ma go! - mówię roztrzęsionym głosem do krótkofalówki, a w słuchawce odzywa się głucha cisza. Po chwili odpowiada Beete;
-Nie ma go, bo... jest na biesiadzie.
Wszyscy zlecieliśmy się do pokoju. Faktycznie był tam... traktowali go jak przyjaciela, a on ich tak samo. Przerażeni biegliśmy do jadalni. Przy długim stole siedzieli wszyscy, a na samym szczycie obok Victori był Peeta. kiedy nas zobaczył spojrzał na nas wrogo, tak jak powinien patrzyć na tych pieprzonych polityków i władców zabawiającym się kosztem życia dzieci! Wszystko nie było takie złe i mogłam jakoś wytrzymać jego zachowanie, ale kiedy pocałował Victorię coś w mnie pękło.
-Co ty robisz?! - krzyczałam wstając przy tym od stołu.
Blondyn także wstał, a wtedy zrobiło mi się gorąco. Jego oczy były znów czarne jak smoła, ale nie było takiego efektu jak po osaczeniu. Victoria musiała mu coś zrobić! Stałam jak skała, przywarta do ziemi. Gdy znalazł się przy mnie widział jak na jego usta ciśnie się nienawiść, ale i jego prawdziwa osobowość. Widziałam jak walczył z łzami... jak jego sztuczna osoba walczy z nim prawdziwym, alby się na mnie nie rzucić i nie pocałować. W końcu ja nie wytrzymałam tej presji i pocałowałam go gorąco. Myślałam, że mnie odepchnie, kopnie, pobije, ale chciałam poczuć dotyk jego ust... jego miękkich ust za, którymi tak tęskniłam. Na szczęście stało się tak jak w bajce. Poprzez pocałunek zły czar prysł... Peeta odwzajemnił pocałunek, a wszyscy nasi przyjaciele patrzyli raz na nas raz na Victorię z triumfem w oczach.
Pani Prezydent wstała od stołu, a przy tym waląc w niego.
-Dość! Dość ośmieszania mnie! - krzyczała jak opętana.
Jeden z gości wstał i zawołał Strażników Pokoju. Kiedy wkroczyli na salę nie czekając na rozkaz pojmali... pojmali Victorię.
Po, krótkim wyjaśnieniu okazało się, że żaden członek rodziny, który ma choć trochę wspólnego ze Snowem nie może być dopuszczony do jakiejkolwiek władzy. Igrzyska zostały przerwane...
Głos na arenie ogłosił, że przerywamy walkę, a każdy atak na innego trybuta skończy się bez warunkową śmiercią! Po kilku minutach na arenę przyleciało kilka śmigłowców, które zabrały żyjących trybutów; Alex'a, Allice i tyle ode mnie. Od Annie jedna osoba, a od Beet'iego nie przeżył nikt.
Kiedy wracaliśmy do domu zadzwonił do nas Haymitch. Okazało się, że wstąpienie Strażników Pokoju do jadalni to był tylko zbieg okoliczności, że przybyli wtedy gdy poseł ich zawołał. Tak na prawdę to Abernatchy ich wysłał. Został teraz na nowo mianowanym prezydentem Panem, a Victoria trafiła do psychiatryka za znęcanie się nad dziećmi, a po 23 latach tak ma dożywocie w więzieniu! W drodze do domu świętowaliśmy! Effie powiedziała, że dziecko za 2,5 miesiąca przyjdzie na świat i , że ona i Haymitch znów są razem. Zraz po tych świetnych nowinach zadzowniła Jo. Mówiła, że za tydzień będzie znów w 12. Miała już nawet dom na oku, który już kupili. Alex i Allice świętowali to na osobności podobnie jak ja i Peeta.

1 komentarz: