czwartek, 29 października 2015

Rozdział 15 "Cieszyć się czy płakać? "

Dziś ma przyjść Johanna. Na myśl o tym coś mnie gniecie. Nie to, że jej nie lubię, ale... będziemy przygotowywać się do jej ślubu, który jest właśnie tego dnia!
Po omacku wyszukuję komórki. Godzina 6:38 za około 15 minut przyjedzie. Niechętnie wyczołgiwuję się z łóżka i zakładam luźną miętową bluzkę na jedno ramię i rurki. Na nogi zakładam kapcie i schodzę na dół zaparzyć kawę. Gdy nalewam już do filiżanek gorącego napoju, rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Udając zadowoloną idę do wejścia. Jak by to było jakimś zaskoczeniem, że przyszła Johanna. Ale nie sama... tylko z całą gromadką potworów, które niedługo kończą roczek. Marvel i Max gonią Mary, która ma mały warkoczyki a'la Katniss. Jo wyraźnie zmęczona macierzyństwem wchodzi do środka. Wołam Willow, żeby zajęła się młodymi, a dorośli idą do kuchni. Johanna dostaje podwójnego kopa po wypiciu kawy i od razu lepiej się czuje. Zadowolona ciagnie mnie do łazienki. Zanim zaczniemy przymiarki i nałożymy make-up idę obudzić Peetę. Blondyn ubiera się i zmierza na dół do dzieci, a my zamykamy się w toalecie.
Kiedy, byłyśmy gotowe, a Johanna kończyła mnie stylizować na druhnę wyszliśmy z łazienki. Zadowoleni z efektu zebraliśmy rzeczy i pojechaliśmy do Kapitolu na ślub. Weszliśmy do wielkiej sali. Karzdy łuk zdobiły marmurowe kolumny, a na górze figurki aniołków. Na środku był błękitny dywan, który posypany liliami prowadził do ołtarza. Cała sala była w odcieniach pudrowego różu, bieli i błękitu.
Kiedy wszyscy zebrani zajęli swoje miejsca na ołtarz wyszedł ksiądz, a zaraz po nim Lucas. Stał dumnie w garniturze i wyczekiwał swojej ukochanej. W momencie gdy dzwony zabiły za salę weszła Johanna. Wyglądała jak nie ona... Jej wysoko spięte włosy w małego koka z kilkoma kwiatami stopniowo falowane opadały na gołe ramiona. Suknia z dekoltem w kształcie serca oraz dopasowana w tali, której dół był wykonany z lekkiego materiału. Z wielkim uśmiechem szła po dywanie.
Wszyscy się upili. Wszyscy oprócz mnie i Effie. Siedziałyśmy złe pod ścianą oglądając jak nasi mężowie podrywają młodsze panienki. Kiedy Peeta cały zalany alkoholem złożył propozycję jednej z tych blond dzi*ek, aby przenieśli imprezę do sypialni zalała mnie krew. Szybki, zdecydowanym krokiem podeszłam do gołąbeczków i walnęłam blondynę w twarz i kopnęłam w brzuch. Zalana łzami wybiegłam z sali do ogrodu.
* Oczami Peety *
Kiedy doszło do mnie co właśnie się stało momętalnie wytrzeźwiałem I pobiegłem za Katniss. Nigdzie jej nie było... W czasie Kiedy miałem już się poddać usłyszałem płacz. Zwróciłem na pięcie i po chwili zobaczyłem moją żonę na ławce. Powoli podszedłem i usiadłem obok. Kiedy chciałem objąć ją ramieniem odsunęła się. Jeśli to nie podziałało postanowiłem pocałować ją w policzek. Zaskutkowało to tylko tym, że dostałem z liścia.
-Idź do swojej nowej dziewczyny! - krzyczała ile sił.
-To nie moja dziewczyna! - krzyczałem nieco zmieszany.
-To kto? Może żona?! - krzyczała dalej nie ustępując.
Miałem ochotę się na nią rzucić, zedrzeć ubranie, ale wiedziałem, że dostanę tylko kolejnego plaskacza. Musiałem czekać, aż ona to zrobi... i tak, też było. Zapłakana pocałowała mnie długo i namiętnie. Nie czekając na pozwolenie wziąłem ją na ręce i przenieśliśmy się na górę.
Po około godzinie usłyszeliśmy dzikie krzyki na korytarzu, a po chwili do naszego pokoju wbiegła Johanna. Przy tym budząc Willow, która tak słodko spała.
-Effie rodzi! - krzyczała oglądając się za siebie.
Po chwili w drzwiach stanął Lucas i Haymitch. Abernathy szybko zbiegł na dół do Effie. W całym hotelu podniosło się zamieszanie i hałas. Zaspani powolnie się ubraliśmy. Kiedy już wychodziliśmy Peeta wziął Will na ręce.
Poród trwa już jakieś 5 godzin, a my dalej nic nie wiemy. Effie była dopiero w 8 miesiącu ciąży i tak urodziła później niż Johanna, której pociechy przyszły na świat Kiedy miały 6,5 miesiąca.
Johanna czekała przy drzwiach i waliła w szklaną ścianę, która była zasłonięta. Willow spała na rękach ojca, a ja miałam głowę opartą o jego ramię. Haymitch zdenerwowany chodził w to i z powrotem po korytarzu. Lucas załamany takim zakończeniem wesela siedział z twarzą w rękach. Max, Marvel i Mary zostali pod opieką Annie. Alex i Allice zabawiali się u siebie i nikt nie śmiał im przeszkadzać.
-Ojciec może wejść. - mówiła wykończona pielęgniarka.
Jo próbowała wepchnąć się na salę, ale lekarze z triumfem na twarzy ją odpychali.
My czekaliśmy jeszcze pół godziny, a po tym czasie nareszcie weszliśmy.
-To synek! - krzyczała uratowana czerwonowłosa biegając po sali.
-Josh... - mówiła zmęczona blondynka.
Po wypowiedzianym imieniu malca mój brzuch się poruszył.
-Mojemu malcowi podoba się to imię. - chichotał Peeta.
-Rye! - krzyknęłam na tyle głośno, ile pozwalało mi zmęczenie.
Peeta, Willow i Iskra już śpią. Tylko ka nie... myślę o moim małym synku. Chciała bym trzymać go już na rękach. Poczuć jego małe ciałko przy sobie, ale muszę jeszcze czekać. O ile sam poród nie jest taki zły to najgorsze jest to oczekiwanie. Z Willow było inaczej. Większe emocje, większy ból i inny entuzjazm. Kiedy po raz pierwszy dotknęłam jej małej rączki poczułam, że moje serce tańczy z radości!
Dni mijały, a ja coraz bardziej rozmyślałam o dziecku. Teraz minął już termin porodu, a synka dalej, ani śladu. Peeta śmiał się, że zbyt mu dobrze.
Moje rozmyślania o małym księciu na białym koniu sprawiły, że synek chciał być już w śród rodziny. Zaczęłam opętanie krzyczeć i kopać blondyna, który spał obok mnie. Przez przypadek zrzuciłam go z łóżka.
Kiedy byłam w połowie porodu okazało się, że oprócz Rye'a jest jeszcze ktoś... Mała dziewczynka, która rozwijała się zaledwie 2 miesiące i 1,5 tygodnia. Mała córeczkę włożyli do inkubatora. Zalana łzami widziałam jak moje dziecko umiera. Lekarze mówili, że pierwszy raz spotkali się z takim przypadkiem, że jedno dziecko miało 2 miesiące, a drugie gotowe do narodzin. Gdyby nie mój stres to prawdopodobnie zginęli by oboje. Peeta siedział przy mnie i trzymając mnie za rękę płakał równie mocno jak ja. Kilka łez upłynęło na małego chłopca wtulonego w mój brzuch. Najbardziej bolało, że nie mogę jej dotknąć... ,że ona umiera, a... a ja nie mogę nic zrobić.
-Ona nie żyje... - wyczeptałam wnioskując po minie lekarzy.
-Nie... - wyszeptał Peeta.

3 komentarze: