poniedziałek, 2 listopada 2015

Rozdział 19 "Boże Narodzenie"

Jeśli ktoś to czyta to proszę o komentarz! Dziękuje!

* Oczami Katniss *
Dziś święta. Jak wszyscy ludzie cieszą się na Boże Narodzenie tak ja nie za bardzo. Dziś przyjeżdża cała nasza "rodzina". Joahnna i Lucas z dziećmi, Annie i Robert, Alex i Allice, Haymitch i Effie z Josh'em, Cody, Beete z Miley oraz nowym dzieckiem i gość specjalny... Gale!
-Tak dawno się nie odzywał... - wzdycham na myśl o przyjacielu.
Nie wiem czy mama przyjedzie, bo tata jakoś nie chętnie o niej mówi. Nie chce powiedzieć co się stało, ale widzę, że coś go gryzie. Tak na dobrą sprawę to sama nie przepadam za mamą. Lepiej dla wszystkich jak spędzi święta sama. Nawet pewnie nie chciała, by przyjechać "bo ten dom trzyma tyle wspomnień". Zawsze tak mówi. Na myśl o tym przewracam oczami i zatapiam usta w kawie, która stoi przede mną. Kiedy znów miałam się oddać przemyśleniom i przenieść się do innego świata usłyszałam płacz. Zerwałam się z krzesła i ruszyłam w stronę pokoju dzieci. Gdy już mijałam drzwi płacz ucichł. Przerażona przyśpieszyłam i już biegłam po schodach.
-Emi... - nie dokończyła na widok Willow zajmującej się rodzeństwem.
Za Will stał Peeta i z dumą się jej przyglądał.
-Ma czarodziejski dotyk. - śmiał się blondyn pokazując głową na córkę.
Podeszłam do męża, a on objął mnie ramieniem i pocałował w czoło. Teraz razem parzyliśmy na brunetkę przesuwającą się koło łóżeczek. Zadowolona odwróciła się do nas z Rye na rękach. Pocałowała małego w czółko tak jak Peeta mnie. Zaczerwieniłam się lekko, a blondyn przytulił mnie jeszcze mocniej.
Naszą rodzinną chwilę przerwał dzwonek. Chciałam już biec, ale Peeta zasłonił mi drogę swoją silną ręką.
-Ja pójdę. - uśmiechnął się od ucha do ucha i wyszedł.
Nie czekając długo zbiegłam za nimi z Emily na rękach. Will poszła zaraz za mną. gorączkowo wyczekiwała Cody'iego. Od ostatniego spotkania minęły dwa tygodnie. Ja w tłumie znajomych szukałam Gale'a. Zamiast niego zobaczyłam Miley z dzieckiem na rękach. Mary, Marvel i Max dopadli mnie i przytulili jak tylko opuściłam schody.
Wszyscy goście po kolei przychodzili się przywitać, a ja i Peeta zbieraliśmy prezenty jak na ślubie. Kiedy wszyscy zajęli miejsca przy stole podałam kurczaka i puree ziemniaczane. Johanna rzuciła się jak na mięso. Wszyscy zadowoleni siedzieli, zajadali i co jakiś czas spoglądali na puste krzesło.
-Tata się spóźnia. - szeptałam do Peety.
-Spokojnie... - mówił uśmiechając się do zebranych.
-A Gale... - mówię smutno.
-Na pewno przyjdzie. - mówił i głaskał mnie po ramieniu.
N raz rozległ się wielki huk. Wzrok każdego powędrował w stronę drzwi.
-Ho, ho, ho! - krzyczał mężczyzna.
-Mikołaj! - krzyczały chórem dzieciaki Jo.
Wszystkie trzy rzuciły się na "Mikołaja".
-Czy są tu jakieś grzeczne dzieci? - pytał i puścił do mnie oczko.
-Ja, ja, ja! - krzyczały jedno przez drugiego wyciągając małe rączki w stronę brody.
-Ja... - powiedziałam odruchowo na płacz dzieci i złapałam Peete za rękę.
Lekko obrażona poszłam na górę. Słyszałam za sobą kroki. Wiedziała, że był to Peeta... ,a jednak się myliłam. Był to tata.
-Czemu jesteś zła? - dopadł mnie kiedy karmiłam Rye'a.
Szybko zakryłam nagą pierś, a ojciec lekko się wycofał.
-Nie jestem zła. - odburknęłam.
-Widzę, że jesteś. Złość piękności szkodzi. - dorzucił szybko.
Spojrzałam na niego "swoją miną', a zaraz potem oboje padaliśmy ze śmiechu.
-Pójdę się przebrać. Ta broda strasznie gryzie.
* Oczami Willow *
Cody obiecał, że będzie i co... Gdzie jest?
Naburmuszona siedziałam przy stole z talerzem pełnym jedzenia. Dłubałam widelcem w talerzu. Wszyscy byli tak zajęci, że nawet mnie nie zauważyli.
-Super... - szeptałam do siebie.
Nawet rodzice zajęci oblizywaniem się nie zwracali na mnie uwagi. Zła zebrałam rzeczy i uciekłam do lasu. Nie miałam gdzie się schować... Zawsze chodziłam do Naszego Miejsca i kładłam się pod Tarasem Widokowym, a teraz...
Na leśnej ścieżce zaczęłam logicznie myśleć. Moje płuca napełniało czyste powietrze, a uszy wypełniały odgłosy przyrody. Lekko uśmiechnięta kroczyłam niczym pani lasu. Z każdym kolejnym krokiem mój nastrój się polepszał.
Po godzinie znalazłam to czego szukałam. Miejsce... Moje Miejsce. Choć już nie nasze, bo Naszego Miejsca już nic nie zastąpi. Tak jak nic nie zastąpi już Tarasu Widokowego, ani Naszego Drzewa.
Zmęczona całym dniem położyłam się pod drzewem w małej dziurce. Przykryta kocem i z czapką pod głową zasnęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz