Kiedy choć trochę oprzytomniałam zobaczyłam, że znajduję się w szpitalu. Leżałam na łóżku, a dookoła mnie biegali lekarze, którzy prowadzili rozmaite badania. Czterech mężczyzn w białych kitlach stało przy mnie i co kilka sekund sprawdzali stan zdrowia.
-Już się
budzi! - krzyknął jeden z lekarzy, a po całej sali rozeszło się echo.
Sala ta
była ogromna! Największa w jakiej do tej pory się znalazłam. Pod ścianami stało
wiele urządzeń z czego 1/4 była podłączona do mnie. Starałam się usiąść, ale za
każdym razem kiedy próbowałam się podnieść lekarz odpychał moje ciało i
kazał leżeć. Najgorsze były te wszystkie maszyny, od których nie jednego głowa
bolała. Ograniczały pole ruchu i nie można było się nawet "W dupę podrapać"!
Drzwi naraz się otworzyły, a na salę wbiegła Johanna, Annie ale nigdzie nie
było... Ucieszyłam się kiedy je zobaczyłam, ale zasmucił mnie fakt, że
nigdzie nie ma blondyna. Kiedy tylko zobaczyłam, że ktoś czekał na korytarzu na
mojej twarzy pojawił się uśmiech, który zaraz zniknął.
-Co
ciemna maso!? - odezwała się Johanna, która potrafiła na skalę masową
przekrzyczeć wszystkie maszyny. - Nie cieszysz się!? - krzycząc to walnęła
lekarza, który próbował je wypchnąć.Jo jak królowa przespacerowała się środkiem sali, a przy tym "Przypadkowo" potrącając kilku lekarzy i dwie pielęgniarki. Zaraz za nią szła Annie zdumiona umiejętnościami ciężarnej Johanny. Chciałam odpowiedzieć na pytanie Jo, ale byłam za słaba, żeby powiedzieć cokolwiek głośniej niż szeptem. Dziewczyny szybkim krokiem podeszły do łóżka na, którym leżałam. Palcem nakazałam Johannie, że ma się do mnie schylić, ale uniemożliwiały jej to trzy małe Masoniątka, które wszędzie musiała ze sobą nosić jeszcze przez dwa miesiące. Annie szturchnęła Jo w ramię po czym posłała opiekuńcze spojrzenie. Przyszła mamusia odsunęła się od mojego łóżka i zajęła się odganianiem lekarzy próbujących je wygonić. Na miejsce Jo stanęła rudowłosa dziewczyna.
- Jak się czujesz? - pytała nad opiekuńczo.
- Dobrze. - wyszeptałam. Chciałam się uśmiechnąć, ale nie odzyskałam w pełni władzy nad mięśniami po narkozie, więc wyszło coś pomiędzy grymasem, a uśmiechem.
Pomimo dziwnej miny na mojej twarzy Annie domyśliła się, że był to "uśmiech" a'la Katniss i z tym samym entuzjazmem odwzajemniła go.
- Gdzie Peeta? - wypowiedziałam te słowa jak bym była na haju. Kiedy wypowiadałam ostatni wyraz mój głos przycichł, a do oczu napłynęły mi łzy.
Jedna łza, druga i trzecia spłynęły mi po policzkach, a zaraz po nich cały wodospad. Annie przytuliła mnie czule, ale nic nie mówiła.
-Wiesz... - jej głos się łamał. - Peeta zniknął. - uśmiech, który towarzyszył jej jeszcze przed sekundą zamienił się w jego odwrotność. Rudowłosa starała się nie rozpłakać, aby dodać mi otuch lecz nie do końca jej to wyszło.
- Jak... ? Gdzie... ? To przecież nie możliwe! Prawda... ? - coraz głośniej zawalałam Annie pytaniami.
- Biegł za Willow i... - Annie starała się uspokoić i nie wybuchnąć głośniejszym płaczem. - Nie wyrobił się na zakręcie i... - dziewczyna ucichła. - Rozbił głowę o róg budynku, ale nic go nie zatrzymało. Otrząsnął się i pobiegł dalej. Robił to dla Ciebie! Dla Ciebie Katniss... ! - dziewczyna mówiąc to złapała mnie za ramiona i potrząsała nimi. - Wbiegł chwiejnym krokiem do lasu i ślad po nim zaginął. Wszyscy go szukaliśmy. Ja, Johanna, Christopher, Haymitch, a nawet ciężarna Effie. Alex też poszedł z nami. Miejmy nadzieję, że się znajdzie. - zakończyła rudowłosa.
Czułam jak mój cały świat się rozpada. Wszystko i wszystkich, których kochałam tracę. Zebrałam się w sobie i przysięgłam, że nie dopuszczę, abym straciła jeszcze kogoś! Mama i Prim to już za dużo! Wszyscy przyjaciele, znajomi... . Zginęli podczas bombardowania 12! Mam tylko ich! Moją rodzinę! Dziwną, pokręconą i nie do końca normalną, ale rodzinę jednak rodzinę!
* Oczami Willow *
Całą noc spędziłam na drzewie rozmyślając o rodzinie. Najbardziej dręczyła mnie myśl, że gdzieś tu jest tata. Wiem, że coś mu się stało, bo kiedy uciekałam na policzek spadła mi kropla krwi. Wtarabanił się za mną do lasu. Słyszałam trzaski gałęzi i głuche stękanie. Chciałam się zatrzymać i mu pomóc, ale wiedziałam, że jeśli to zrobię zabierze mnie do domu. Sumienie nie dawało mi zasnąć. Chciałam do niego iść, ale nie wiedziałam gdzie jest. Zdecydowałam się go odszukać! Zeskoczyłam z drzewa i poszłam drogą, którą uciekałam. Kiedy naszła mnie myśl, że i tak go nie znajdę i zachciało mi się płakać odnalazłam ślady krwi. Trop zaprowadził mnie do krzaka przy, którym ślady się urywały. Zadowolona zbliżyłam się do rośliny. Kiedy chciałam odchylić gałęzie ogarnął mnie strach. Nie wiedziałam w jakim stanie jest ojciec. Zebrałam się w sobie, bo wiedziałam że jestem jedyną osobą, która może mu pomóc. Szybkim ruchem odchyliłam krzaki, a moim oczom ukazała się zabita sarna. Z jednej strony odetchnęłam z ulgą, a z drugiej zestresowałam się, bo nie wiedziałam gdzie on jest i co z nim. Kiedy tak stalam, a do moich oczu napływały łzy przy głowie przeleciała mi strzała. Odruchowo wycelowałam łukiem na drzewo. Cała się trzęsłam. Nogi miałam jak z waty, choć wiedziałam, że nic mi RACZEJ nie grozi. W tym momencie coś ruszyło się pomiędzy gałęziami. Moim oczom ukazał się młody chłopak o ciemnych włosach z mało widocznymi przejaśnieniami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz