sobota, 7 listopada 2015

Rozdział 23 "Wycieczka"

5 komentarzy- nowy rozdział

To były moje najlepsze urodziny ever! Cody został na noc i trochę się działo... Jako 16-to latka mogę stwierdzić, że życie jest świetne! Za 2 lata kończę szkołę, a co do studiów to pewna nie jestem... Czy w ogóle pójdę.
* Rano *
Kiedy się obudziłam Cody był dalej przy mnie. Tak słodko spał. Wtuliłam się w jego nagi lekko umięśniony tors.
-Witaj kochanie... - szeptał zaspany.
Zaczął głaskać mnie po włosach i pocałował w głowę.
-Witaj. - odchyliłam głowę do tyłu tak, aby widzieć jego twarz.
Złożył delikatny pocałunek na moich ustach i lekko się odsunął.
-Dziś przyjeżdża Alex i Allice. - uśmiecham się do chłopaka.
Mieli przyjechać na tydzień, bo już dawno nigdzie nie wychodziliśmy. Wynajęliśmy mały drewniany domek w Dystrykcie 4. Z widokiem prosto na plażę oddaloną o parę kroków.
Zadowolona zrywam się z łóżka i idę do szafy.
Mój pokój rok temu przeszedł renowację teraz jest miętowo-czarno-biały.
Kiedy stoję przed krzesłem na, którym mam swoje ubrania Cody złapał mnie od tyłu za biodra. Położyłam głowę na jego ramieniu i przez okno spoglądałam na Dystrykt 2 o godzinie 6;38.
-Kocham Cię... - szeptałam ze łzą w oku.
Chłopak pocałował mnie w głowę, a ja uznałam to za odpowiedz.
Ubrana i spakowana zeszłam na śniadanie. Zrobiłam jajka na toście, a Cody zaparzył herbatę. O 7;28 zadzwonił dzwonek do drzwi. Pobiegłam szybko na korytarz przywitać gości. Była to... Reachel.
-O! Hej! - byłam zmieszana.
-Hej!? - wykrzykuje dziewczyna chaotycznie wymachując rękami. -Tak się witasz!? Po tylu latach znajomości?! I tak nagle znalazłaś sobie lepszą przyjaciółkę! A mnie tak po prostu zostawiłaś!
-Reachel... - nie wiedziałam co powiedzieć.
-Teraz to Reachel! A gdzie byłaś gdzie najbardziej potrzebowałam pomocy?! - krzyczy
-Nie przeżyję twojego życia za Ciebie! Musisz sobie sama radzić! - nie wytrzymałam.
-Ja potrzebowałam pomocy, a ty w tym czasie przeżywałaś swój związek z tym debilem! - drze się na cały Dystrykt.
Nie dość, że obraziła mnie to jeszcze Cody'iego. Zła rzuciłam się na nią. Prawy sierpowy i lewy. Dwa razy ją ugryzłam kopnęłam kilka razy w brzuch. Zatrzasnęłam drzwi i wróciłam do kuchni.
-Co Ci się stało?
Oglądam swoje ubrania i widzę zakrwawioną bluzkę i spodnie.
-To? Nic. - uśmiecham się szeroko.
* 1,5 godziny później *
Mój telefon zaczął dzwonić. Szybko wyciągnęłam komórkę z kieszeni, a na wyświetlaczu widniał napis "Allice".
-Hallo? - odezwała się dziewczyna.
-No hej!
-Alex doszedł do wniosku, że rozsądniej by było jeżeli spotkalibyśmy się na miejscu. Nie będziemy po was przyjeżdżać. Ok? - mówiła nie pewnie dziewczyna.
-Jasne.
-To fajnie. Widzimy się na miejscu!
-No cześć!
Wytłumaczyłam wszystko Cody'iemu, a on oczywiście się zgodził.
* W Dystrykcie 4 *
Kiedy dojechaliśmy na miejsce Alexa'a i Allice jeszcze nie było. Rozłożyliśmy się w pokoju i poszliśmy na plażę.
Rozłożyliśmy ręczniki, parasol i pobiegliśmy do wody. Cody złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Całował moją szyję i masował piersi.
-Cody! - piszczałam kiedy chłopaka przerzucił mnie przez ramię i zaczął się kręcić.
Nie utrzymał równowagi i runęliśmy do wody.
-Cody! - krzyczę przerażona szukając chłopaka.
Nie wynurzał się przez dobre 5 minut.
Poczułam dotyk na moich plecach i zobaczyłam całego mokrego chłopaka z rybą w zębach i wodorostami na głowie. Wypluł rybę i skoczył na mnie i znów byliśmy w wodzie.
Na kolanach w morzu złapałam chłopaka za policzki, a on mnie za biodra. Całowaliśmy się i w tym samym czasie coraz bardziej zanurzaliśmy.
Nasz podwodny pocałunek przerwał krzyk;
-Ładnie to tak zaczynać bez nas! - uśmiecha się Alex.
Ze śmiechem padamy na plecy do wody. Cody znika pod błękitną osłoną oceanu. Czuję jak dotyka moje plecy, a następnie wychodzi z wody ze mną na rękach. Kładzie delikatnie na piasku i biegnie do nowo przybyłych.
Allice, która przed chwilą moczyła tylko nogi w morzu, była cała mokra. Alex pobiegł za nią do wody i ochlapał mojego narzeczonego.
I w ten sposób zaczęliśmy wojnę. Brunet złapał mnie za rękę i pociągnął mnie po piasku do wody. Ochlapywaliśmy się i śmialiśmy.
Byliśmy tam do wieczora. Ja i Cody poszliśmy wcześniej i daliśmy im trochę prywatności.
Kiedy tylko przekroczyliśmy próg chłopaka porwał mnie do sypialni i zamknął drzwi na klucz.
* Oczami Allice *
Siedzę w objęciach Alexa na ręczniku oglądając zachód słońca. Gdy wielki, żółty okrąg był już prawie za horyzontem Alex wstał i poda ł mi rękę. Z jego pomocą wstałam. Staliśmy chwilę wpatrując się w siebie.
-Allice Pariette! - mówił klękając przy tym, a w moich oczach pojawiły się łyz.
-Tak... ! - mówiłam wzruszona klękając przed chłopakiem i nie dając mu dokończyć.
Chłopak włożył na mój palec pierścionek zdobiony perłami. Jedną dużą na środku i trzema coraz mniejszymi po bokach.
Padliśmy na piasek razem i zaczęliśmy się rozbierać. Po 2 godzinach wróciliśmy do małego domku. Zastaliśmy tam Willow i Cody'iego siedzących w swoich objęciach i w szlafrokach przy kominku. Poszliśmy wziąć wspólną kąpiel i dołączyliśmy do nich.
* Oczami Alex'a *
Gdy tylko usiadłem na kanapie zadzwonił telefon.
-Hallo? - odzywam się do słuchawki.
-Kochanie... - zaczęła mama.
Po długie rozmowie, w którą nie mogłem uwierzyć wróciłem na fotel. Wzrok miałem wbity cały czas w jedno miejsce.
-Coś się stało? - pyta zaniepokojona moja narzeczona.
-Tata... On... on... - mówię nie wierząc. -On żyje. - siedzę dalej.
Zapadła niezręczna cisza.
-Nigdy go nie poznałem...
I znów ta sama cisza.
-To my wyjedziemy jutro. - mówi Allice.
-Nie... Ty zostań, ciesz się z wyjazdem. Ja wrócę.
-Tam gdzie ja tam i ty... - mówiła stanowczo dziewczyna.

piątek, 6 listopada 2015

Rozdział 22 "Najlepszego! "

5 komentarzy- Nowy rozdział 

Spędziłyśmy razem świetne popołudnie. Sky była na swoim pierwszym długim spacerze do lasu. Pokusiłam się nawet o spuszczenie jej ze smyczy i była bardzo grzeczna. Na dobre zakończenie dnia przyszedł Cody. Reachel musiała już iść, ale Cody jeszcze został. Śmialiśmy się, oglądaliśmy film, ale wszystko co dobre kiedyś się kończy i koło 22;30 brunet musiał iść. Pożegnaliśmy się gorącym pocałunkiem i chłopak wyszedł.
Przyzwyczaiłam się dość do życia w 2 i innych ludzi, innego domu i całego otoczenia. Zaczęłam spędzać więcej czasu z dziadkiem odkąd się pojawił i złapaliśmy klimat rodzinny. Przyzwyczaiłam się do innej szkoły, nawiązałam nowe przyjaźnie, ale nigdy nie zapomnę o tych dawnych, które jeszcze gdzieś tam istniały w przestrzeni. Z częścią osób piszę do teraz. Po 4 latach mocno się zmienili.
* Oczami Katniss *
Od 4 lat nasze życie toczy się dalej. Dzień jak dzień, a Peeta otworzył piekarnię. Emily i Rye mają już prawie 5 lat, a Willow za trzy dni kończy 16 lat. Nie mogę uwierzyć, że dopiero co stawiała swoje pierwsze kroki. Tata zamieszkał na stałe z nami.
Co do przyjaciół to nawiązałam mocny kontakt z Galem i Johanną i z Annie oraz Robertem. Z Haymitch' i Effie, też się sliniej zaprzyjaźniliśmy, ale nie tak jak z resztą. Za Lucasem nie przepadam. Jego charakter nie jest dla mnie. Nie mogłam zrozumieć dlaczego Johanna się z nim orzeniła. Czasem wydaje mi sie, że są razem tylko ze względu na dzieci.
* Rano, Oczami Willow *
Wyskoczyłam zadowolona z łóżka o 6:34. Zabrałam ubrania z szafy i poszłam wziąść prysznic. Gotowa zeszłam na śniadanie. Na schodach dopadł mnie zapach pieczonego ciasta.
-Co tak pachnie? - przyspieszam kroku.
Wbiegam do kuchni, ale nigdzie nie ma taty. Biegnę do piekarni ojca dobudowanej do naszego domu. Tam też nikogo nie ma.
Kiedy chciałam wyjść usłyszałam cichy szelest. Zwróciłam się do kuchenki, a tam siedziała Emily. Mała blondynka jadła łyżkę od masy do tortów. Uśmiechnęła się promiennie i wróciła do zajęcia, a ja poszłam na piętro.
-Wszystkiego najlepszego! - krzyczy Cody, mama, tata i Rye. Zza moich pleców wypełza Emily na grzbiecie Sky.
-Wszystkiego najlepszego! - sepleniła  mała.
-Dziękuję! - wzięłam siostrę na ręce i dałam buziaka w policzek.
Emily zaplotła ręce na mojej szyji i mocno przytuliła. Jak na 5-cio łatkę miała bardzo dużo siły. Cody zszedł mnie od tyłu i pocałował w policzek jak ja siostrę.
-Kocham Cię, wiesz? - wyszeptał mi do ucha.
-Wiem, ja Ciebie też. - odpowiadam i odkręcam się w jego stronę.
Całuje namiętnie w usta i mocno przytulam.
-Ja też tu jestem... - mówi malutka zciśnięta przez nas.
Odstawiam Emily na ziemię, a brunet całuje mnie między oczy.
Świętowaliśmy długo. Przez cały czas wyczekiwałam tortu. W całym domu słychać było śmiechy i krzyki. Wszystko nasiliło się kiedy w całym budynku zgasło światło.
Poczułam dotyk ręki na moim zbiorze. Domyśliłam się, że był to Cody. Odchyliłam się lekko do tyłu i wpadłam w jego objęcia. Przekręcił mnie lekko w swoją stronę i podniósł do góry. Zaplotłam nogi na jego biodrach i przyłożyłam moje czoło do jego. Cały świat wirował przez pocałunki chłopaka. "Wciągaliśmy się" dobre 5 minut.
-Willow... - szeptał brunet odstawiając mnie na ziemię.
-Tak?
-Willow... Willow Mellark czy zostaniesz matką moich dzieci.
-Cody... - wypowiedziałam te same słowa mając 12 lat. -Tak! - rzuciłam się chłopakowi na szyję.
W tym samym momencie zabłysły świeczki. Świeczki od tortu urodzinowego. Niósł go Tata, mama, a Emily i Rye dotykali tackę od spodu paluszkami. Kiedy rodzeństwo zobaczyło mnie w objęciach Cody'iego przybiegli szybko i wtulili się w moje nogi.
-Will! - wykrzyknęli razem.

środa, 4 listopada 2015

Rozdział 21 "Nowa szkoła"

5 komentarzy - nowy rozdział


Po kilku dniach zupełnie przyzwyczaiłam się do protezy. Czułam się jak bym miała normalnie nogę. Nie myślałam o tym, ani już jakoś specjalnie mi ona nie przeszkadzała.
Kiedy wypuścili mnie ze szpitala nadszedł czas, aby pójść do szkoły. Nie chciałam wracać... Chciałam, żeby Cody został i może nawet poszedł ze mną.
Niestety życie jest brutalne i poszłam sama.
* Rano *
-Willow! - usłyszałam krzyk mamy z dołu.
-Yyyyy... - mruczałam sama do siebie.
Nakryłam głowę kołdrą i nie miałam zamiaru wyjść. Miał być to mój pierwszy dzień w nowej szkole. Moja obawa był jedna; że przyjmą mnie tak jak nasza stara klasa Evie.
Evie do tej pory siedzi sama, w rogu i do nikogo się nie odzywa.
-Willow! - powtórzył się krzyk mamy.
-Nie! - wykrzyczałam najgłośniej jak umiałam.
Wyskoczyłam z łóżka i trochę chwiejnym krokiem jak co rano przez protezę podeszłam do szafy. Wyciągnęłam z niej biało-czarny trochę za duży sweter i dżinsy. Czarne Converse i czarną czapkę w stylu beanie. Chciałam spuścić się na linie z szafy z okna i biec do lasu, ale...
-Willow? - mówił śmiesznie tata.
Speszona odwracam głowę i cofam nogę z ramy okna.
-Wiesz, że... - nie dokończył, bo zaczęłam płakać.
Lekko objął mnie ramieniem i przytulił.
-Nie... Ja nie chcę tam iść. - lamentowałam cicho w rogu łóżka.
Tata nie wiedział co powiedzieć. Głaskał mnie po plecach i po włosach.
-Nie... - skrzeczałam cicho z płaczu.
-Wiem, że to tru... - znów nie dokończył przeze mnie.
-Nie! Nie wiesz jak to jest być nowym! - powiedziałam o ton głośniej.
* Oczami Peety *
Ta rozmowa był trudniejsza, niż z Katniss. Pamiętam dobrze jak potraktowali nową dziewczynę u nas w klasie. Wiem, że przyszła dwa razy, a potem ślad po niej zaginął. Nikt jej niw widział, a nawet w domu jej nie było.
-Will... - wydusiłem z siebie to słowo.
-Nie Will. Tylko pozwól mi zostać. - prosiła ze łzami w oczach.
-Chciał bym. Ale musisz chodzić do szkoły. - uśmiechnąłem się lekko.
Brunetka odruchowo przytuliła się do mnie i wylała wszystkie łzy w moją nową koszulę.
-Willow! Jazda na dół! - wparowała zła Katniss.
Will jeszcze bardziej się do mnie przytuliła i schowała głowę w stronę ściany. Objąłem ją jednym ramieniem. Drugą ręką czesał jej włosy palcami.
-Willow. - Katniss złagodniała.
* Po rozmowie, Oczami Willow *
Bądź co bądź poszłam do szkoły. Po długiej rozmowie trochę spóźniona dojechałam na miejsce. Smutna, zła, rozdrażniona i Bóg wie co jeszcze wkroczyłam do szkoły. Nie wiedziałam gdzie mam iść. Gdzie mam lekcje. I co najgorsze nikogo nie znałam.
Kiedy znalazłam się pod klasą zapragnęłam, aby Cody był ze mną. Wszyscy o mnie szeptali. Patrzyli na mnie i wszyscy się oglądali. Po raz pierwszy w życiu moim zbawieniem był dzwonek na lekcję. Starszy mężczyzna, który wyglądał bardzo sympatycznie przyszedł zaraz po dzwonku. Obejrzał mnie od stóp do głów i otworzył drzwi.
Stałam jak kołek przy biurku i rozglądałam się po klasie.
-Dzień dobry! - mówił sympatycznie nauczyciel z uśmiechem jak tata.
Stałam dalej ze wzrokiem wbitym na sam koniec sali. Doszło do mnie jak dobrze ma Emily i Rye w domu. Jak dorosną to pójdą do tej szkoły i nie będą się przepisywać.
-Mamy w klasie nową koleżankę! - standardowo przedstawił mnie nauczyciel. -Przedstaw się nam. - zwrócił się do mnie.
Zmieszana nie wiedziałam co powiedzieć. Stałam dalej i wodziłam wzrokiem po wszystkich uczniach.
-Wi... - zaczęłam. -Willow. Willow Mellark. - oznajmiłam i stałam dalej jak słup.
Widziałam jak wszyscy szeptają coś pomiędzy sobą i spoglądają na mnie z pogardą, a część z podziwem i jeszcze inni ze współczuciem. Tej ostatniej grupy ludzi nie rozumiałam.
-Usiądź Willow. - zwrócił się nauczyciel z promiennym uśmiechem.
Ja dalej stałam i patrzyłam błagalnie na nauczyciela.
-Gdzie mam usiąść? - wydusiłam z siebie te słowa.
W ten sposób rozpoczęła się kłótnia. Szepty ustały, a nastąpił harmider. Wszyscy się przekrzykiwali do kogo mam usiąść.
-Wszyscy ciebie przyjmą. - uśmiechnął się prze miło. -Wybór należy do Ciebie! - oznajmił rozglądając się po klasie.
Zrobiłam to samo i już po chwili wiedziałam gdzie usiądę. Powoli podeszłam do cichej dziewczyny w okularach. Jej włosy spięte w kucyka miały kolor ciemnego blondu, a niebieskie oczy mocno się iskrzyły, czarne zerówki dodawały jej urody. Kiedy odsunęłam krzesło obok niej wywaliła na mnie oczy.
-Hej. - szepnęłam.
-Hhhh... Hej. - uśmiechnęła się szeroko.
Przez całą lekcję siedziała zadowolona i uśmiechnięta.
* Na przerwie *
Zbawczy dzwonek zadzwonił i wszyscy wybiegli z klasy. Podeszłam do biurka p.Collins'a i zaczekałam na Raychel.
-Idziemy? - zapytałam z uśmiechem.
-Ja? - zapytała zszokowana.
-Tak! - zaśmiałam się lekko z jej miny. -Nikogo innego nie ma.
-To idziemy. - i znów dziewczyna cały czas się uśmiechała.
* Po lekcjach *
Raychel siedział z boku murku z nosem w książce. Usiadłam obok i dokładnie się jej przyglądałam. W pewnym momencie zamknęła książkę i spojrzała na mnie.
-Ty na prawdę ze mną rozmawiasz?
Odpowiedziałam jej uśmiechem.
-Tak po prostu?
-Yhy. - odpowiedział
-Wow! - Reachel siedziała zadowolona.
Dalej siedziałyśmy i rozmawiałyśmy. Z kontekstu zdania wyrwał mnie klakson. To tata trąbił.
-To chyba po ciebie. - westchnęła w wskazała głową na samochód.
Spojrzałam raz na nią, a raz na tatę.
-Może chcesz iść do mnie? - wystrzeliłam.
Dziewczyna znów zrobiła wytrzeszcz.
-Ja? Jasne! - i pobiegłyśmy do auta.
Biegłyśmy przez zasypane śniegiem boisko.

wtorek, 3 listopada 2015

Rozdział 20 "Radość!"

Jeśli ktoś to czyta to proszę o komentarz! Dziękuje!

Kiedy budzę się rano jak przez mgłę widzę, że znajduję się w szpitalu. Czuję na sobie czyjś dotyk. Po mimo, iż nie mogę ruszać szyją, bo strasznie mnie boli skręcam głowę. Widzę Cody'iego trzymającego mnie za rękę. Spał tak słodko na krześle. Ledwo co ruszyłam ręka, a już odgarnęłam mu włosy z czoła. Drętwą ręka gładzę jego gorący policzek.
-Hej... - mówił zachrypniętym głosem.
Lekko się uśmiechnął, a ja Odwzajemniłam uśmiech.
Starałam się poruszyć palcami. Prawą nogą jakoś wyszło, ale gorzej było z lewą. Nie czułam rzadnego dotyku. Do moich oczu napłynęło milion łez. Zanim choć jedna opuściła moje oczy Cody już je otarł. Gdy obraz już się wyostrzył zobaczyłam mamę i tatę za moim ukochanym.
-Nie czuję lewej nogi. - mówiłam wyczerpana
Mama zaczęła płakać. Schowała twarz w objęciach  ojca.
Patrzyłam na nich i nic nie rozumiałam. Domyślałam się tylko, że... Nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Schowałam głowę w poduszkę. Nie chciałam na nich patrzeć. Czułam jak Cody głaszcze mnie po włosach. Wyczerpana zasnęłam.
Budzę się znów i słyszę rozmowę lekarza i taty.
-Odmrożenie... - powtórzył ojciec.
-2 stopnia. - mówił lekarz obojętnie przeglądając papiery.
Nie chciałam tego słyszeć. Chciałam jak najszybciej wymazać te słowa z pamięci.
Nakryłam się kołdrą i starałam zasnąć. Myśl, że amputowali mi nogę nie dawała odpocząć. W głowie przewijały się czarne scenariusze. Zapragnęłam wyjść z siebie. Cofnąć się w czasie i nie pozwolić sobie zasnąć pod tym cholernym drzewem. Byłam zła na siebie, ale i na lekarzy, że nie potrafili mi pomóc. Tata też był zły. Widziałam to w jego oczach. Ukazywała się furia.
* Oczami Peety *
Miałem ochotę rzucić się na lekarza. Raz za to, że nie mogą jej pomóc, a dwa, że tak obojętnie mówi o mojej córce. Spokojnie poszedłem do Will i... nie wiedziałem co zrobić. Przytulić, pogłaskać...
-Boże... - krzyknęłam Kiedy zobaczyłem parę oczu spoglądających na mnie spod kołdry.
-Przepraszam... - wychyliła się Willow.
-To nie twoja wina. - starałem się zachować spokój.
-Moja... - mówiła bałaganie.
Bez słowa przytuliłem Willow. "Jak ją pocieszyć - myślałem nieustannie"
-Przynajmniej teraz nie jestem sam. - uśmiechnąłem się lekko wskazując na moją "nogę".
Brunetka lekko się rozpogodziła. Odwzajemniła wcześniejszy przutulas i położyła się znów pod kołdrę.
-Ciekawe gdzie Cody... ? - mówiła rozmarzona.
-Na pewno zaraz przyjdzie. - starałem się nie wydać tajemnicy.
Kilka minut siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Will po czasie znów zaczęła rozmyślać o Cody'm.
-Szczek! Szczek! (perfekcyjny szczek psa)
* Oczami Willow *
Chciałam zerwać się z łóżka, ale zapomniałam, że... Bezradnie położyłam się z powrotem.
-Hej... - uśmiechnięty od ucha do ucha Cody wszedł na salę z wielkim pudłem w rękach.
-Hej - starałam wstać.
Kiedy zmierzał w naszą stronę pudło przewróciło się i wypadło mu z rąk. Z kartonu wybiegł... mały, ... śliczny... szczeniaczek.
Znów próbowałam wstać, ale na marne. Cały czas zapominałam i dziwnie było tak żyć. 
Chłopak na marne próbował złapać pieska. Mała czarno-biała kulka cały czas mu uciekała. Z błyskiem radości w oczach patrzyłam na malucha. Gdy zniknął mi z pola widzenia zobaczyłam go dopiero wtedy gdy znalazł się na mojej twarzy i językiem ją oblizywał.
-Chyba poznała właściciela. - uśmiechnął się z rumieńcami na policzkach.
-Dla mnie... ? - mówiłam ze łzami szczęścia w oczach.
-Miałaś go dostać jutro dlatego tak się zeszło... - mówiła wzrokiem wodząc po podłodze.
-Dziękuje. - znów próbowałam wstać, aby złożyć pocałunek na jego ustach, ale...
Padłam jak długa na ziemi, bez możliwości wstania. Mały piesek zeskoczył do mnie i znów zaczął mnie lizać. Tata pomógł mi wstać i nauczył trochę jak chodzić z protezą. Coś wychodziło, ale i tak co jakiś czas się przewracałam, ale i tak na mojej twarzy wciąż ukazywał się uśmiech.
Kiedy opanowałam już chodzenie na salę weszła mama. Dookoła niej pełzały dwa małe blondaski.
-Ile mnie nie było? - pytam ze zdumieniem na rodzeństwo.
-Wczoraj... - uśmiechnięta mama spoglądała na Rye'a, a potem na Emily.
-Tak szybko? - patrzyłam wytrzeszczem.
-Ty miałaś 3,5 miesiąca jak zaczęłaś chodzić. - śmiała się brunetka.
Dzieci radośnie biegały, a co jakiś czas się przewracały.
-Jak bym widziała siebie! - śmieję się głośno.
Blondaski patrzą na mnie maślanymi oczkami. Emily wyrywa się do przodu i łapie za nogawkę spodni od piżamy. Zaraz za nią idzie Rye, który wyciąga rączki ku mnie. Staram się schylić po brata, ale zamiast tego upadam na tyłek ze śmiechem. Maluchy dopadły mnie na dole i także zaczęły się jeszcze głośniej śmiać. W tej samej chwili z pod łóżka wyskoczył piesek. Polizał dzieci po twarzach swoim małym jęzorkiem, a potem wrócił łasic się do mnie. Małe rączki dopadły ogonek szczeniaczka i pociągnęły za niego. Puciek został przeciągnięty tyłkiem po podłodze i przesunął się w stronę dzieci. Przewrócił Rye'a, a następnie zazdrosna Emily przyciągnęła pieska do siebie. Przytuliła go najmocniej jak potrafiła, a malucha zaczął piszczeć.
W opiece zabrałam blondynkom szczeniaka i spojrzałam mu prosto w oczy.
-Ma jedno niebieskie, a drugie brązowe! - wykrzyknęłam z radości.
Zaczerwieniony Cody patrzył w podłogę.
-A jaka to rasa? - zapytał tata Cody'iego.
-Border Collie! - wykrzyknął prostując się dumnie. -Najmądrzejsze i najsprytniejsze psy. - dodał.
Uśmiechnęłam się szeroko do chłopaka, a ona obdarował mnie pocałunkiem. Zatopiłam się w jego miękkich ustach. Gdyby nie mama ta chwila trwała by wiecznie;
-Zraz się wciągniecie. - śmiała się pod nosem.
-Jak ją nazwiesz? - zapytał zarumieniony Cody.
-Sky! - rzuciłam szybko oglądając pieska.
Kiedy usłyszała swoje imię skoczyła na mnie i zaczęła lizać i lekko gryźć ucho.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Rozdział 19 "Boże Narodzenie"

Jeśli ktoś to czyta to proszę o komentarz! Dziękuje!

* Oczami Katniss *
Dziś święta. Jak wszyscy ludzie cieszą się na Boże Narodzenie tak ja nie za bardzo. Dziś przyjeżdża cała nasza "rodzina". Joahnna i Lucas z dziećmi, Annie i Robert, Alex i Allice, Haymitch i Effie z Josh'em, Cody, Beete z Miley oraz nowym dzieckiem i gość specjalny... Gale!
-Tak dawno się nie odzywał... - wzdycham na myśl o przyjacielu.
Nie wiem czy mama przyjedzie, bo tata jakoś nie chętnie o niej mówi. Nie chce powiedzieć co się stało, ale widzę, że coś go gryzie. Tak na dobrą sprawę to sama nie przepadam za mamą. Lepiej dla wszystkich jak spędzi święta sama. Nawet pewnie nie chciała, by przyjechać "bo ten dom trzyma tyle wspomnień". Zawsze tak mówi. Na myśl o tym przewracam oczami i zatapiam usta w kawie, która stoi przede mną. Kiedy znów miałam się oddać przemyśleniom i przenieść się do innego świata usłyszałam płacz. Zerwałam się z krzesła i ruszyłam w stronę pokoju dzieci. Gdy już mijałam drzwi płacz ucichł. Przerażona przyśpieszyłam i już biegłam po schodach.
-Emi... - nie dokończyła na widok Willow zajmującej się rodzeństwem.
Za Will stał Peeta i z dumą się jej przyglądał.
-Ma czarodziejski dotyk. - śmiał się blondyn pokazując głową na córkę.
Podeszłam do męża, a on objął mnie ramieniem i pocałował w czoło. Teraz razem parzyliśmy na brunetkę przesuwającą się koło łóżeczek. Zadowolona odwróciła się do nas z Rye na rękach. Pocałowała małego w czółko tak jak Peeta mnie. Zaczerwieniłam się lekko, a blondyn przytulił mnie jeszcze mocniej.
Naszą rodzinną chwilę przerwał dzwonek. Chciałam już biec, ale Peeta zasłonił mi drogę swoją silną ręką.
-Ja pójdę. - uśmiechnął się od ucha do ucha i wyszedł.
Nie czekając długo zbiegłam za nimi z Emily na rękach. Will poszła zaraz za mną. gorączkowo wyczekiwała Cody'iego. Od ostatniego spotkania minęły dwa tygodnie. Ja w tłumie znajomych szukałam Gale'a. Zamiast niego zobaczyłam Miley z dzieckiem na rękach. Mary, Marvel i Max dopadli mnie i przytulili jak tylko opuściłam schody.
Wszyscy goście po kolei przychodzili się przywitać, a ja i Peeta zbieraliśmy prezenty jak na ślubie. Kiedy wszyscy zajęli miejsca przy stole podałam kurczaka i puree ziemniaczane. Johanna rzuciła się jak na mięso. Wszyscy zadowoleni siedzieli, zajadali i co jakiś czas spoglądali na puste krzesło.
-Tata się spóźnia. - szeptałam do Peety.
-Spokojnie... - mówił uśmiechając się do zebranych.
-A Gale... - mówię smutno.
-Na pewno przyjdzie. - mówił i głaskał mnie po ramieniu.
N raz rozległ się wielki huk. Wzrok każdego powędrował w stronę drzwi.
-Ho, ho, ho! - krzyczał mężczyzna.
-Mikołaj! - krzyczały chórem dzieciaki Jo.
Wszystkie trzy rzuciły się na "Mikołaja".
-Czy są tu jakieś grzeczne dzieci? - pytał i puścił do mnie oczko.
-Ja, ja, ja! - krzyczały jedno przez drugiego wyciągając małe rączki w stronę brody.
-Ja... - powiedziałam odruchowo na płacz dzieci i złapałam Peete za rękę.
Lekko obrażona poszłam na górę. Słyszałam za sobą kroki. Wiedziała, że był to Peeta... ,a jednak się myliłam. Był to tata.
-Czemu jesteś zła? - dopadł mnie kiedy karmiłam Rye'a.
Szybko zakryłam nagą pierś, a ojciec lekko się wycofał.
-Nie jestem zła. - odburknęłam.
-Widzę, że jesteś. Złość piękności szkodzi. - dorzucił szybko.
Spojrzałam na niego "swoją miną', a zaraz potem oboje padaliśmy ze śmiechu.
-Pójdę się przebrać. Ta broda strasznie gryzie.
* Oczami Willow *
Cody obiecał, że będzie i co... Gdzie jest?
Naburmuszona siedziałam przy stole z talerzem pełnym jedzenia. Dłubałam widelcem w talerzu. Wszyscy byli tak zajęci, że nawet mnie nie zauważyli.
-Super... - szeptałam do siebie.
Nawet rodzice zajęci oblizywaniem się nie zwracali na mnie uwagi. Zła zebrałam rzeczy i uciekłam do lasu. Nie miałam gdzie się schować... Zawsze chodziłam do Naszego Miejsca i kładłam się pod Tarasem Widokowym, a teraz...
Na leśnej ścieżce zaczęłam logicznie myśleć. Moje płuca napełniało czyste powietrze, a uszy wypełniały odgłosy przyrody. Lekko uśmiechnięta kroczyłam niczym pani lasu. Z każdym kolejnym krokiem mój nastrój się polepszał.
Po godzinie znalazłam to czego szukałam. Miejsce... Moje Miejsce. Choć już nie nasze, bo Naszego Miejsca już nic nie zastąpi. Tak jak nic nie zastąpi już Tarasu Widokowego, ani Naszego Drzewa.
Zmęczona całym dniem położyłam się pod drzewem w małej dziurce. Przykryta kocem i z czapką pod głową zasnęłam.

niedziela, 1 listopada 2015

Rozdział 18 "You love me? true od not true? "

5 komentarzy- Nowy rozdział

Willow stała z otwartymi ustami i patrzyła na nas jak na zjawę.
-Ale... Jak... ? - łzy napływały jej do oczu.
Peeta rozłożył ręce, a Will wpadła w jego ramiona.
-Pójdę z Tobą... - mówił cicho blondyn
-Nie! - powiedziałam stanowczo. -Pójdę sama... - przyciszyłam głos.
Cały dzień spędziłam w sypialni.
-Chcesz herbaty? - zapytał cicho Peeta uchylając drzwi do pokoju.
Nie odezwałam się tylko zakryłam twarz rękoma. Blondyn zbliżył się do mnie i kucnął obok. Odgarnął włosy z mojego czoła i pocałował między oczy. Przytuliłam się mocno i szybko do mojego męża. Płakałam jeszcze mocniej.
-Czemu się nie odzywał.... - mówiłam łamiący się głosem.
Peeta uśmiechnął się lekko, ale nie odzywał się. Naszą chwilę przerwał płacz. Blondyn pogłaskał mnie po głowie i wyszedł.
-Mamo... - odezwał się cichy szept.
Była to Willow wyglądająca przez szparę w drzwiach.
-Chodź. - starałam się uśmiechnąć.
Brunetka podbiegła do mnie i przytuliła.
-Kocham Cię... - mówiłam przez łzy.
Pocałowałm Will w czoło.
-Ja Ciebie też. - szeptała.
* W nocy *
Nie mogłam zasnąć. Leżałam patrząc się w sufit. Delikatnie gładziłam blond włosy Peety. Łzy co jakiś czas napływały mi do oczu. Po mimo to ani jedną ich nie opuściła. Poczułam na sobie dotyk ramienia.
-Czemu nie śpisz? - pytał blondyn.
-Nie mogę... - prawie zaczęłam płakać.
-Śpij. - powiedział Peeta ziewając.
Jak za dotknięciem magicznej różdżki zasnęłam po 18 minutach.
* Rano *
Niechętnie wypełzłam z łóżka. Ubrałam się i zeszłam na dół. Powolnie weszłam do kuchni. Na stole czekała na mnie kawa i jajecznica. Zmęczona, bo schodziłam z trzeciego piętra usiadłam na taboret. Chwilę później do kuchni wszedł Peeta z dziećmi na rękach.
-Daj Emily. - uśmiechnęła się do męża i wyciągnęłam ręce.
Peeta przy podawaniu mi córki pocałował mnie w policzek.
-Która godzina?
-11;56
Zerwałam się szybko i poszłam zakładać buty. Założyłam kurtkę i przez śnieg biegłam ulicami. Kiedy byłam na miejscu przeglądałam się gorączkowo za ojcem. Bałam się, że nie będzie taki sam jak kiedyś, że to tylko głupi żart.
-Nie... - wyczeptałam
Mężczyzna o ciemnych włosach i takich samych oczach jak miała Prim odwrócił się do mnie. Na jego twarzy ukazał się skryty uśmiech. Z rękoma w kieszeniach zbliżyłam się kilka kroków. Brunet w meloniku dalej stał. Tylko jego miny się zmieniały. Kiedy nie chciałam podejść bliżej facet przysunął się o dwa kroki.
-Córeczko... - rozłożył ręce i mówił łamiącym się głosem.
Miałam obawy, ale uczucie tęsknoty było większe. Chciałam usłyszeć odpowiedzi na tyle pytań... Czemu go nie było, czemu... czemu... czemu nie był kiedy losowali Prim do Igrzysk, kiedy ja umierałam na arenie, kiedy brałam ślub z Peetą. Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi przez tyle lat.
-Tato... - płakałam nie pochamowanie.
-Jednak przeczytałaś. - uśmiechnął się lekko.
Odwzajemniłam uśmiech I zaprosiłam ojca do domu.
-Czemu... - zaczęłam, ale nie dał mi dokończyć.
-Później Ci wszystko wytłumaczę... Tylko nie mów matce o mnie. - uśmiechnął się przekornie.
W odpowiedzi kiwnęłam głową na zgodę.
-Mamo... ! - krzyczała Willow.
-Witaj kochanie. - mówił słodkim głosem Peeta z kuchni.
Tata spojrzał na mnie dumnie, a ja się zaczerwieniłam. Zaprowadziłam go do kuchni, a on zadowolony oglądał swój stary dom.
-Dawno tu nie byłem... - wzdycha marzeniami w innym świecie.
Po jego wypowiedzi Peeta gorączkowo podskoczyć.
-Witaj! - uśmiechnęłam się szeroko i pocałowałam blondyna w policzek.
Pokazałam tacie gdzie ma usiąść, a następnie podałam kawy i ciastka domowej roboty Peety.
-Mamo Cody przyjedzie dziś do nas. - rozpromieniona wpadła do kuchni Willow.
Zaraz potem na jej twarzy ukazało się zdumienie.
-Dziad... - próbowała wydusić Z siebie te słowa.
Tato uśmiechnął się i rozłożył ręce jak wtedy gdy witał się ze mną.
-Kto to ten cały Cody? - spojrzał na mnie wymownie i lekko się zaśmiał.
Willow wpadła w jego ramiona. Widać było, że trochę nie pewnie.
-Mój chłopak... - zaczerwieniła się Will patrząc w podłogę.
-No ładnie! O czym to ja jeszcze nie wiem... - uśmiechnął się, a zaraz potem zaśmiał.
Widać było, że to bardzo wesoły człowiek. -Wielcy szczęściarze z tych waszych chłopów... - zaśmiał się przez kaszel.
-Katniss to mój największy skarb! - oświadczył dumnie Peeta i pocałował namiętnie w usta, a ja wtuliłam się w jego tors.
-A Will mój! - rozbrzmiał głos z przedpokoju.
-Cody! - pisknęła Willow i wybiegła z kuchni.
* Oczami Willow *
Rzucam się na szyję mojemu ukochanemu. W tym samym czasie słychać płacz Emily i Rye'a.
-Nowi lokatorzy? - uśmiechnął się, a przy tym poruszył wymownie brwiami.
Pocałował go stęskniona dotyku jego ust. Założyłam szybko buty i kurtkę oraz nauszniki z wielkim kominem na szyję i wybiegłam z Cody'm za rękę.
Szliśmy już spokojnie wtuleni w siebie nawzajem. Nasze splecione ręce co jakiś czas musiały moje udo, albo jego.
Popołudnie minęło nam bajecznie. Zwiedziliśmy prawie całą 2. Wpadliśmy do zoologicznego, a ja przypomniałam sobie o Iskrze. Zaczęłam płakać na myśl o pożarze.
-Will... - Cody odgarnął mi włosy z czoła i podniósł głowę.
-Wszystko dobrze. Tylko... Iskra... moja mała Isia.
Wróciliśmy do domu. Po drodze rozmawialiśmy o tych, którzy nas opuścili. O wspomnieniach... o tym co było... i o tym co będzie.
Kiedy byliśmy już prawie w Wiosce Zwycięzców Cody zatrzymał mnie za rękę. Czułam się jak dnia kiedy się poznaliśmy. Tylko teraz nie miałam zamiaru uciekać.
-Wiem, że to za wcześnie, ale... nie mogę czekać. - mówił patrząc mi głęboko w oczy.  -Kacham Cię i nigdy nie przestanę.
-Ją Ciebie też. - Przytuliłam go mocno.
-Willow Mellark czy czynisz mnie najszczęśliwszym facetem na świecie i wyjdziesz za mnie.
-Cody... - w moim głosie słychać było nie pewność. -Jeszcze tyle czasu przed nami...
Chłopak spóścił wzrok.

sobota, 31 października 2015

Rozdział 17 "Ty żyjesz!"

Pamiętacie jak wybuchł dom Katniss i Peety? Ja zupełnie o tym zapomniałam, ale teraz naprawiam swój błąd ;)

* Oczami Annie *
Biegniemy w kierunku pożaru. Dopiero co Katniss, Peeta, Willow, Rye i Emily znaleźli dom po wybuchu ich własnego, a już zaraz znów wszystko stracą.
Kiedy dobiegliśmy na miejsce była już tam straż. Nie udało im się nic uratować. Cały czarny w połowie zawalony dom stał, a w niektórych miejscach żarzył się ogień. Zapłakana Johanna i Lucas z dziećmi stali przed ich byłym domem.
-Możecie pomieszkać u nas... - mówię trochę przyciszonym głosem.
-Wszyscy się nie zmieścimy. - mówi smutno Katniss. -Joahnna! Wy idźcie... - mówiła załamana.
-Nie! My sobie poradzimy. Macie małe dzieci... - mówiła przez łzy.
-Damy radę... - naciskała Katniss.
Po rozmowie "Ty! Nie ty!" wyszło, że Jo idzie z nami. Dałam jej kilka ciuchów i pokazałam pokój. Gorzej było z miejscem dla dzieci. Alex ustąpił swojej sypialni i oznajmił, że pomieszka na kanapie.
* Oczami Katniss *
-Mam... - mówiła moja mama.
-Co masz... ? - mówiłam z cieniem nadziei.
-Mam... mam dom! - kiedy skończyła swoją wypowiedź uśmiechnęła się.
-Nie... Nie musisz oddawać nam swojego domu... - mówiłam z głową spuszczoną.
-Nie! To nie mój dom. To znaczy mój, ale ja tam nie mieszkam. - mówiła Marianne.
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Peeta zbliżył się do mnie i objął ramieniem, a drugą ręką łaskotał Emily śpiącą w moich objęciach.
-Przenocujcie u mnie, a jutro pokarze wam dom. - uśmiechnęła się w kąciku ust.
Szliśmy do domu mamy nie całe 15 minut. Gdy doszliśmy naszym oczom ukazał się nie duży dom o jasno brązowej elewacji. Po przekroczeniu drzwi wejściowych widać było długi korytarz, który prowadził do wszystkich pozostałych pokoi. Na końcu mieściły się schody, które prowadziły na poddasze.
-Tam są wasze pokoje. - wskazała palcem na schody.
* W nocy *
-Mamo... Nie mogę zasnąć. - mówiła zaspana Willow ze łzami w oczach.
-Chodź tu... - odkryłam kołdrę.
Brunetka położyła się przy mnie i głaskała Rye'a leżącego na mojej klatce piersiowej. Po pół godzinie zasnęła wtulona w poduszkę z jedną ręką na główce blondynka.
* Rano *
Nie spałam całą noc, a mimo to byłam wyspana i nie brakowało mi energii. Przywitałam się przebierającą nóżkami i uśmiechającą się Emily. Willow obudzła się chwilę po mnie, a Peeta jeszcze spał. Wyglądał tak słodko, że nie miałam serca go budzić. Will bawiła się z bratem, a ja kołysałam Emily.
-Mama... - powtórzyła mała blondynka z uśmiechem na twarzy.
Zadowolona połaskotałam ją po brzuchu, a ona zaśmiała się nie pochamowanym śmiechem.
-Gotowi? - słychać głos mamy z dołu.
-Chwila! - odkrzykuję.
Budzę Peetę, a następnie wszyscy się ubieramy i schodzimy do kuchni.
-Mmmm... - wciąga zapach Willow. -Co tak pachnie?
-Gofry. - Marianne wychyla głowę z kuchni i uśmiecha się.
Siadamy przy stole, ja z Emily na rękach, a Willow trzyma Rye'a.
-Więc... - mówię nie chętnie po zjedzonym śniadaniu do mamy.
Nie chciałam się do niej odzywać, ale coś nie chętnie mówi o naszym nowym domu.
-Właśnie! Wasz nowy dom jest w 2 Dystrykcie. Jest on po twoim ojcu... - mówi przyciszonym głosem patrząc na mnie.
Spuszczam wzrok i czekam, aż mama zacznie mówić dalej.
-Dam wam klucze... Kiedy tam dojedziecie zapytajcie burmistrza o Roberta Everdeen. Na pewno będzie wiedział o co chodzi. - puściła mi oczko, a ja nie reagowałam.
Szybko się zebraliśmy i poszliśmy na lotnisko poduszkowców.
* W Dystrykcie 2 *
Willow nie była zbyt zadowolona z powodu Cody'ego. Dopiero co do siebie wrócili, a teraz znów się rozstali.
-Dzień dobry Panno Everdeen! - z uśmiechem przywitał nas burmitrz. -Czym mogę służyć?
-My w sprawie domu... - mówiłam łamiącym się głosem.
-Wiem Pan gdzie mieści się dom zapisany na Katniss od jej ojca. Roerta Everdeen. - blondyn dokończył za mnie i pocałował mnie w policzek.
-Ah tak! Myślałem, że pewnie przyjedziecie po tych wiadomościach... - spuścił lekko wzrok.
-Tak... - mówił Peeta głaszcząc mnie po ramieniu, a z drugiej strony obejmując Willow.
-Duż biały dom... - powtarzał cały czas burmistrz. -Już wiem! To jest w Wiosce Zwycięzców. To znaczy po za. Na samym końcu z wielkim ogrodem. Trzy piętrowy dom z rozległą piwnicą na całą posesję. Sam chciała bym tam mieszkać. - zaśmiał się brunet, ale zaraz spoważniał.
-Dziękuję. - starłam się uśmiechnąć.
Ruszyliśmy do Wioski Zwycięzców. Jechaliśmy samochodem ponieważ 2 jest bardzo rozległa, a my byliśmy na obrzeżach, a Wioska jest w samym centrum.
Po około 45 minutach byliśmy na miejscu. Podczas drogi obejrzeliśmy prawie całe miasto.
-Wooow! - krzyczała Willow.
-Witaj w domu... - uśmiechnął się lekko Peeta i przytulił od tyłu.
Na dystans podeszłam do domu.
-No chodź Katniss! Nie wygłupiaj się! - krzyczał blondyn ciągnięty przez Will.
-Już biegnę! - ruszyłam w pogoń za rodziną z uśmiechem na twarzy.
Ogród był ogromny. Własny lasek, a na samym środku biały ogromny dom z wielkimi oknami. Ogromne drzwi wejściowe trzy razy większe ode mnie prowadziły do ogromnego salonu. Jak i na zewnątrz dom w środku był cały biały z akcentami czarnego. Kuchnia była w drewnianych szafkach z brązowo-białymi blatami z marmuru. Cała kuchnia była w lekkich brązach, ale i tak dominowała biel. Wszystkie cztery łazienki były fioletowo-białe. Dwa gabinety w żółtym i brązowym kolorze. Nasza sypialnia była biało-zielona. Przeważała zieleń, a pokój Willow był fioletowy jak łazienka z lekkim czarnym i białym akcentem. Rye dostał błękitno-biały, a Emily różowo-biało-czarny. Taki jak siostra tylko zamiast filetu pudrowy róż. Cały dom zachwycał. Gdy oglądałam pokoje w naszej sypialni znalazłam karteczkę złożoną w wazonie z kwiatami. "Kochana córeczko. Jeśli to czytasz to znaczy, że coś nie tak w twoim życiu. Bardzo chciał bym poznać swoje wnuki i zięcia, ale nie mogę..." Na drugiej karteczce w szafie było napisane: "Spotkajmy się jutro w parku przy twoim pomniku" Podpisane Robert Everdeen. "Kochający tata" Atrament na tej kartce był jeszcze świeży... Przerażona opadłam na ziemię i oparłam się o łóżko.
-Prawda, że jest tu wspa... - przerwał na mój widok.
Powoli podszedł i mnie przytulił. Pokazał mu obie kartki, a ona zamarł tak samo jak ja....
-Mamo! - krzyczała Willow chodząc po domu.
-Tu jesteśmy. - mówił Peeta.
-Coś się stało... ? - mina Willow zamieniła się w zdezorientowanie.
-Masz dziadka... - mówiłam z oczami wbitymi w podłogę.